Jazz Matazz

... czyli w odmętach zapomnienia…

Jest coś niezrozumiałego w naszym, skądinąd ostatnio wyhamowującym, acz jednak dalej galopującym świecie. Ludzkość pędzi przed siebie w dziwnym przeświadczeniu, że nowy, wydajniejszy procesor, ubrane w kolejne systemy bezpieczeństwa auto, czy smart-domy wyniosą ją ponad zatrważające myśli, że wszystko to nic nie jest warte. Że między społecznościowym klikaniem w wiadomości, chwaleniem się zdjęciami i śmiesznymi filmikami o kotach idealnie pomieści się każdy z nas. Zmieści się, pozostanie śladem dla potomności… mówiąc wprost – nawet jak nie jesteś super sławny, to i tak zostanie po Tobie coś więcej, niż tylko zapis w, coraz to bardziej stechnicyzowanych, rejestrach.

No więc nie. Nie pozostanie. To wszystko błyskawicznie przeminie. Komentarze, lajki (nawet hejt) znikną, twarze się zatrą, zdjęcia może nie zblakną, jak to w erze przedcyfrowej bywało, ale… i tak rozsypie się kontekst, przykryje je szum kolejnych, takich samych obrazów. I… tyle…

Bo niestety dalej, jeśli ktoś z Was nie zapłonął odrobinę jaśniej (stale aktualne, prawda, Pani Fish?)… nie ma szans, by długa zimna reszta (heh, Panie Waters, jakie to okrutne) nie okazała się rzeczywistością, która czyha za progiem. Nawet odrobina sukcesu nie pomoże. Taka jest perspektywa.

Spróbujemy tu, na tych stronach zachować dla potomności subiektywne spojrzenie na muzykę, która nie ma. Lub jest, ale tak, jakby jej w sumie nie było. Zaczniemy od… 

  1. Lund Quartet: „Lund Quartet” [2012]